środa, 27 stycznia 2010

Mniej niż zero...

Wydawać by się mogło, że co jak co, ale opady śniegu w styczniu zaskoczyć nikogo nie mogą, a już niewielkie opady (tak do 5 cm) to powinna być norma... Jak można się było przekonać całkiem niedawno - nie wszędzie...

Zacznijmy od naszych wspaniałych punktualnych i nowoczesnych kolei ;)
Wystarczyła mieszanka marznącego deszczu + mróz - 10 stopni i PKP leży (a raczej stoi) i kwiczy... I, co gorsza, wcale to nie były jakieś drugorzędne linie, ale te główne szlaki z CMK na czele... Lekki chaos, który trwał od początku roku, spowodowany zmianą rozkładu jazdy, zamienił się w totalny burdel... Nikt nie wiedział, czy pociąg wyjedzie, a jeśli tak, to czy dojedzie, i kiedy.. opóźnienia rzędu 3-4 godzin to norma, rekordziści dobijali do 14 h.... Co gorsza pasażerowie często jechali bez ogrzewania..
Oliwy do ognia dolewał jeszcze rzecznik prasowy PKP Intercity twierdząc, że opóźnienia rzędu 2h to całkiem nieźle i, że on sam nie raz jeździ w gorszych warunkach... Pasażerowie chyba byli odmiennego zdania, bo niektóre relacje w TV to był tylko ciąg pisków przerywany pojedynczymi słowami...
Wróćmy do sedna sprawy. Jak się okazało, wspomniana wcześniej mieszanka, spowodowała oblodzenie trakcji i pociągi (elektryczne) bez trakcji nigdzie nie pojadą... Zwykle na taką chwilę, są trzymane rezerwy lokomotyw spalinowych, ale... ktoś kiedyś uznał, że są zbędne i lokomotywy trafiły pod palnik, a następnie do pieca hutniczego... A te co zostały, nie były w stanie zapewnić płynnego ruchu...
Co jakiś czas w TV widać było tylko relacje z "odkuwania" sieci - czyli brygady okutanych po uszy pracowników PKP PL, którzy na podnośnikach obkładali drewnianymi pałami przewody trakcyjne... ;) Nie ma to jak XXI wiek ;) (Swoją drogą to ciekaw jestem czy takie "odkuwanie" nie odbije się potem na "zdrowiu" przewodów trakcyjnych)
Po 3 dniach chaosu, dumne z siebie władze kolejowe, ogłosiły że już wszystko udrożniono... i pociągi mogą jeździć normalnie... no prawie normalnie...
gdzie niegdzie zdarzały się jeszcze opóźnienia do 2h, ale ogólnie było już lepiej.

Poza koleją też można zaobserwować wielkie zdziwienie na twarzach ludzi, gdy prognoza pogody mówi o 20 stopniowych mrozach... Na ulicach można zobaczyć jak światło dzienne ujrzała "ciężkie opancerzenie" w postaci różnej maści kożuchów i futer, oraz różnych grubych (niekoniecznie modnych) kurtek... Tak na oko niektóre chyba pamiętały jeszcze stan wojenny...Cóż, widać, że pewne rzeczy, sprawdzone "w boju", mimo upływu czasu, są nie do zastąpienia...
Gdzieniegdzie zdarzają się też "okazy" które pomykają przy -15 w kusych kurteczkach z nerami i pępkami na wierzchu (masochistki jakie czy co?) w wielkich szpilach na nogach...

Jak widać przez to całe "globalne ocieplenie" ludzie zapomnieli jak wygląda zima... Dobrze, że natura postawiła im to przypomnieć ;)

Mniej więcej w tym samym czasie, wybrałem się razem z moją siostrą na taki "rozruchowy" marsz po Lasku Wolskim. Trasa wiodła spod hotelu Cracovia, przez kopiec Kościuszki, ZOO do kopca Piłsudskiego.

Gdy byliśmy na ostatnim etapie (Zoo -> Kopiec Piłsudskiego) mieliśmy okazję podziwiać piękno ale również niszczycielską siłę mrozu. Widzieliśmy dziesiątki połamanych drzew i gałęzi. Część przygięta do ziemi pod naporem lodowej skorupy - jednym słowem totalna demolka...

Jak widać na zdjęciach, zima się nie pieści z otoczeniem...



Z kopca było to widać jeszcze lepiej i dokładniej, a i na samej górze wszystkie balustrady i poręcze zyskały dodatkowe - lodowe otuliny. Na szczycie było bardzo niebezpiecznie, zejście, przynajmniej z tarasu widokowego, wymagało maksymalnej ostrożności, wystarczyło na moment się zagapić i zjazd (niekoniecznie na tyłku)na przełaj w dół murowany. A że pod cienką warstwą śniegu był lód, a na dole czekał zmrożony żywopłot... to nie było by to zbyt przyjemne... Na szczęście w takim stanie był tylko fragment wystający powyżej linii koron drzew, pozostała część była w całkiem znośna. Na górze doskonale można było zobaczyć skalę zniszczenia lasu, wszystkie drzewa z gałęziami ugiętymi do dołu. W miejscu placu zabaw - między huśtawkami i domkami walały się połamane gałęzie... Było także drzewo, które jakimś cudem nie złamało się i zostało zgięte do ziemi (patrz zdjęcie). Z każdym mocniejszym powiewem wiatru słychać było tylko skrzypienie i ciche trzaski wśród drzew.






Jak napisałem wcześniej, wszystko na szczycie było oblodzone, w pełnym tego słowa znaczeniu... wszystko, łącznie ze źdźbłami trawy, które zostały wydobyte spod śniegu przez wiatr... teraz zakute lodowe czapeczki, wyglądały całkowicie nieziemsko.

2 komentarze:

Martusia pisze...

Pax!!!
Podoba mi się Twój styl pisania...wesoło tu u Ciebie...czekam na nowe notki ;)
Pozdrówki serdeczne!!!

Maciek pisze...

thnx ;)