sobota, 30 stycznia 2016

(nie)bezpieczne zabezpieczenia

Do napisania tego posta sprowokowała mnie kolejna dysuksja na grupie miłośników Tatr. Mianowicie: czy na Orlej Perci, jest sens używania dodatkowej asekuracji w postaci lonży, czy też nie.
Czym jest lonża? To rodzaj zabezpieczenia/autoasekuracji składający się uprzęży, specjalnego absorbera oraz dwóch karabinków. Została wymyślona w celu ochrony przed odpadnięciem z Via Ferraty - trudnych turystycznie szlaków w Alpach. Zamontowany w niej absorber, ma za zadanie wyhamować bezpiecznie (co wcale nie znaczy łagodnie) delikwenta bez powodowania obrażeń ciała (pomijamy uderzenie o skałę).

Przykładowa lonża - absorber(główny) znajduje się w czarnym pokrowcu, dodatkową amortyzację zapewniają ramiona łączące karabinki z absorberem. W razie wypadku szew tworzący "fałdki" jest rozrywany rozpraszając część energii zahamowania.

W Tatrach, zarówno Polskich jak i Słowackich, nie ma szlaków przystosowanych do używania lonży. Owszem, na upartego można wpiąć się do łańcucha, ale luźny łańcuch, to nie to samo co sztywna, stalowa lina (która normalnie jest używana jako punkt wpięcia).
A dlaczego akurat na Orlej Perci? Cóż, ten szlak jest najtrudniejszy w Tatrach i pochłonął już sporo istnień śmiałków, którzy chcieli go zdobyć. Duże wysokości, silne ekspozycje i atrakcje w postaci pionowych drabinek oraz zejść z łańcuchami, powodują, że trzeba mieć naprawdę doświadczenie, aby móc tym szlakiem bezpiecznie się poruszać. Tu właśnie zaczyna się problem, bo na Orlą chce wiele osób, które nie ma prawie żadnego doświadczenia górskiego... Jak dodamy do siebie trudny szlak + brak doświadczenia otrzymujemy dość wybuchową mieszankę.
Czy lonża zapewnia zatem na takich szlakach bezpieczeństwo? Moim zdaniem złudne. Wpięcie się do luźnego łańcucha powoduje, że od odpadnięcia/utraty równowagi do zadziałania absorbera może upłynąć relatywnie sporo czasu. Wystarczająco by np. zepchnąć w przepaść osobę lub osoby będącą bezpośrednio za nami...
Nie wspominając o takim szczególe, że będzie to również relatywnie sporo czasu aby uderzyć twarzą, łokciem lub kolanem o ostre skały i rozwalić je sobie...
Nie mówiąc o tym, że jeśli postulat "zaferratowania" Orlej przejdzie, to zaraz pojawią się podobne w stosunku do innych popularnych tras, np. na Rysy, Świnicę, Zawrat, Mięguszowiecką pod Chłopkiem itd. Znając polski talent do absurdów, ktoś pewnie wyskoczyłby z postulatem utworzenia ferraty także na Giewont... bo przecież tam też dochodzi do wielu wypadków (co jest prawdą, nie mniej jednak za lwią część z nich odpowiada znów: brak doświadczenia górskiego, tyle że tym razem taki elementarny...).
Ogólnie problem "lonżowników" to IMO część szerszego problemu tzw. "obrazkowego społeczeństwa", które dowiaduje się rzeczy z internetu czy telewizji i myśli, że już samo to jej coś daje - nic nie daje... Nie da się odtworzyć presji ekspozycji na stromym szlaku patrząc jedynie w ekran komputera czy telewizora...

niedziela, 28 sierpnia 2011

Pierwszy lot...

Od jakiegoś czasu zacząłem się interesować lotnictwem... Skąd mi się to wzięło? Myślę, że to historia na osobnego posta... Natomiast odkąd, tak bardziej zbliżyłem się do tej dziedziny coraz bardziej narastało we mnie pragnienie aby móc polecieć... Jako, że nie wybierałem się nigdzie w podróż, to samoloty rejsowe raczej odpadały, pozostawały Aerokluby lub inne szkoły, które oferowały "lot zapoznawczy"... Pierwsza okazja, jaka się nadarzyła, to pewien znajomy, który już wcześniej oferował mi lot szybowcem - szybko więc napisałem maila do niego, jasno wykładając co i jak. No i owszem, lot był jak najbardziej możliwy, nawet całkiem fajny - godzina holu za samolotem... ALE... całość kosztowała 4 stówki (słownie cztery stówki)... za dużo, zdecydowanie za dużo...Odpisałem mu, że sorry, ale nie mam takiej kasy na teraz i zapytałem się - dlaczego w aeroklubach są loty zapoznawcze za ok 120 zeta (choć to też sporo, to i tak byłbym skłonny jakoś się wyżyłować na taki lot ;). Uświadomił mnie, że takie loty, owszem są... tyle, że trwają 15 min. i że wg. niego to za krótko jak na "pierwszy raz"... 
- Może i krótko, ale na więcej nie mam kasy, póki co... - pomyślałem sobie. 
Gdy wydawało się, że "pierwszy lot" trafi na półkę z napisem "zrealizować w bliżej nieokreślonej przyszłości", na forum lotniczym trafiłem na notkę informującą, że Aeroklub Krakowski, na lotnisku w Pobiedniku, organizuje "dni otwarte", w trakcie których będzie można m.in. wykonać "lot widokowy".
 - Super! - pomyślałem - to jest szansa dla mnie - Tą myślą żyłem aż do dnia pokazów. Kiedy w końcu nadszedł, zaczęła się wkradać niepewność i zawód - za oknem deszcz, mgły... jak na pokazy lotnicze, to pogoda raczej niezbyt zachęcająca.... Jednak około południa, wszystko ładnie się wypogodziło. Słoneczko przegoniło większość chmur i pogoda zdecydowanie była na "tak". W takim układzie szybko spakowałem się i wsiadłem w autobus.
Już, gdy dojeżdżałem do lotniska, zobaczyłem Antka (Antonowa AN2) i Wilgę jak zataczają na niebie duże kręgi.
- Oho, impreza trwa w najlepsze! Jednak latają!
Po dotarciu na miejsce, zapytałem pierwszego lepszego człowieka z obsługi "Gdzie tu można się na lot widokowy zapisać"? Po otrzymaniu informacji gdzie i jak podszedłem do stanowisk, a tam? Porażka... W swojej naiwności myślałem, że lot szybowcem, skoro nie ma silnika, to i powinien być tańszy... Niestety srogo się zawiodłem. Lot Cessną, Gawronem czy Wilgą, to koszt min. 120- 150... Dużo, nie dużo... ja akurat miałem "na pokładzie" jakieś 8 dych, więc dla mnie poza zasięgiem... (z resztą nawet jakbym miał przy sobie te 150 zeta... to tak jakoś głupio byłoby to wydać na 15 minut lotu... za taką kasę, to ja mogę polecieć do Malmo w Szwecji, WizzAirem tam i z powrotem, a nie zrobić biedne kółeczko nad lotniskiem...)  Moja nadzieja - szybowce - 120... czyli też nie...choć, tu byłem naprawdę zaskoczony - czemu takie drogie są szybowce?! Podszedłem do stanowiska AN2 - 4 dychy... hmmm, cena spoko, ale Antek? Eeee... Ja szybowcem chciałem...  Może jednak? W końcu jednak stanąłem w kolejce i ostatecznie kupiłem bilet na lot...Kiedy tak stałem tam, w oczekiwaniu na swoją kolej, obserwowałem tych co latali przede mną, a także Antki (były dwa), które miały mnie zabrać, a właściwie jeden z nich, na lot...
Tak "z boku" nie wyglądało to za fajnie... Samoloty wyglądały na "pełnoletnie", miejscami jakieś odpryski farby... niesamowicie głośne, za każdym razem gdy rozpoczynały kołowanie na pas, wzbijały tumany kurzu... Zacząłem wkręcać się w jakieś paranojki, że będzie awaria silnika, że się rozbijemy, że będzie trzęsło jak cholera, i nne takie... Z tych czarnych myśli wyrwał mnie głos kierownika lotów, który przez megafon wyczytywał nr biletów na następny "rejs", m.in. mój. Przeszedłem za taśmę, serce waliło mi jak młot, bałem się... chciałem tylko, żeby móc lecieć takim niebieskim Antkiem, który sprawiał "wrażenie" bycia w lepszym stanie technicznym, niż druga maszyna... 
Obydwie maszyny pojawiły się na horyzoncie... pierwsza w "szyku", to była akurat ta "zła", a za nią "mój" Antuś... Jako, że równolegle z nami oczekiwała jeszcze jedna grupa, do końca nie było wiadomo, kto, gdzie wsiądzie... W między czasie wysłałem sms-a z informacją do domu, że wsiadam do samolotu i żeby się za mnie modlili...(bynajmniej nie dla żartu ;) naprawdę mocno się bałem). Gdy obie maszyny były gotowe do wymiany "wsadu", dostałem sms-a zwrotnego od siostry "Udanego lotu, jak i kosmicznego!" :) Na Maryś zawsze można liczyć w takich sytuacjach! :) W międzyczasie grupa przed nami wsiadła do "złego" Antka, więc, przynajmniej w tym aspekcie się uspokoiłem - polecę tym, którym chciałem! :)
Nadeszła w końcu chwila wejścia na pokład, czuję jak adrenalina buzuje mi w żyłach, zamiast strachu, czuję taki przyjemny dreszczyk... Wdrapuję się do kabiny, a tam mała zwałka - myślałem, że przynajmniej jakieś prymitywne fotele będą... a skąd! Normalne, spartańskie "krzesełka" ustawione tyłem do okien... 
- Hmm... no nieźle, ciekawe czy chociaż pasy są? - pomyślałem lekko przerażony tym widokiem
Jak się okazało pasy były, stare, parciane, ale były. Zająłem miejsce zaraz u wejścia do kabiny pilotów (miałem doskonały widok na to co robią!) zapiąłem pas i zacisnąłem go ciasno...  Generalnie, zarówno w samochodach, czy, w jakich kolwiek pojazdach lubię zapinać pasy, bo wtedy czuję się "pewniej". W głowie kołatały się myśli: "A może tak wysiąść?"... Ale chyba było już za późno... kierownik lotów odebrał od nas kupony z biletów z naszymi danymi - nam zostawiając tylko odcinki z nr... 
- Pewnie, żeby można było łatwo zidentyfikować zwłoki - pomyślałem, próbując się pocieszyć... (niezłe miałem rozkminy, co? ;) )
pełny ciąg! startujemy!
Kierownik wraz z kuponami wysiadł z samolotu, a zaraz za nim zamknęły się drzwi... Nie ma już odwrotu! Ruszamy!...
Widziałem jak piloci przestawili manetkę przepustnicy do przodu i zmienili skok śmigła. Samolot zamruczał i kiwając się lekko potoczył się w kierunku pasa startowego. Potem działo się już wszystko bardzo szybko:
Nawrotka, pełny gaz - nabieramy prędkości. Tu pierwsze zaskoczenie - samolot jedzie po trawiastym pasie praktycznie bez wstrząsów! Jak to? Za chwilę radosne okrzyki pasażerów - Lecimy! Lecimy! 
pierwsze chwile w powietrzu. w tle hangar lotniska pobiednik
- Co? Jak to lecimy?! Kiedy? - obejrzałem się za siebie i przez okno zdumiony zobaczyłem, że rzeczywiście, byliśmy już dobre 40-50 m nad ziemią i dość szybko nabieraliśmy wysokości.
- O Yeah! - powiedziałem głośno - Nareszcie! LECĘ! :) Zajebiście!
Po chwili poczułem jak cały samolot się przechyla w prawo - pierwszy zakręt. W tym samym momencie zobaczyłem przez przeciwległe okno, jak końcówka skrzydła przecina chmury... 
- O jaaa, ale bajka! - rozpłynąłem się! Móc podziwiać taki widok to coś cudownego!
Chwilę później była trochę mniej przyjemna chwila, bo piloci postanowili nam zafundować na chwilę nieważkość (oczywiście nie raczyli nas o tym poinformować). Lecimy sobie normalnie, a w pewnym momencie czuję, jak robię się jakoś podejrzanie lekki, a siedzenie zaczyna odpływać mi spod tyłka
- Co jest?! - pomyślałem sobie. Pasy utrzymały mnie na miejscu. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to zamierzone działanie - w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół... Przyznam się szczerze, że trochę mnie wtedy zaczęło mdlić. 
- Panowie, jeszcze trochę a puszczę pawia, dajcie sobie siana...- pomyślałem sobie - a ci znowu, po chwili - góra dół, góra dół... - ja pier...
próbka widoków z lotu

Zebrałem się w sobie, bo z drugiej strony to wstyd było panikować przed ludźmi (przynajmniej nikt na oko nie wykazywał objaw paniki)... Potem skupiłem się na świecie pod nami, takim malutkim, spokojnym... Od czasu do czasu pojawiała się myśl - jesteś 300 m nad ziemią, co będzie jak samolot spadnie? - jednak nie pozwalałem jej zbyt długo mnie rozpraszać i ponownie skupiałem się na widoku.
Kiedy wreszcie znaleźliśmy się na podejściu, wymęczony takimi "pagórkami" w locie, zacząłem nakręcać się, że przyziemienie może być dość twarde. Widzę w naprzeciwległym oknie, jak ziemia jest coraz bliżej i bliżej, i jeszcze bliżej... Podświadomie chwyciłem się mocno krzesełka, wyprostowałem się i przygotowałem na wstrząs - a tu? Antoś zaskoczył mnie kolejny raz - zamiast oczekiwanego "wstrząsu" usłyszałem tylko lekkie syknięcie amortyzatorów i już. Toczyliśmy się po pasie. 



to właśnie ten "Antek" (AN-2) zabrał mnie w pierwszy lot.

Wreszcie zatrzymaliśmy się, drzwi się otworzyły i zaczęliśmy wysiadać. Mimo dosyć krótkiego czasu w powietrzu (lot trwał raptem ok. 10-15 min.) to było coś niesamowitego. Kiedy stanąłem na ziemi adrenalina buzowała mi w żyłach i byłem w stanie euforii. Zrobiłem fotkę pamiątkową "mojej" maszynie i poszedłem ochłonąć zwiedzając i podziwiając inne samoloty (których tego dnia było tam naprawdę sporo).
Ktoś, kto latał samolotami rejsowymi (i taki miał swój lotniczy "debiut") może czytać, tą historię z ironicznym uśmieszkiem - w pełni rozumiem, ten samolot to taka "awangarda". Niby wszystko sprawne, ale np. sam widziałem jak jeden z paneli wskaźków w kabinie pilotów, był poluzowany i chwiał się w "rytm" naszego lotu... Ot, taki klimat ;)

wtorek, 5 października 2010

"timetable" of life

Tytuł tego posta jest wynikiem dostrzeżenia prawdziwości słów Koheleta "Każda rzecz ma swój czas" Koh 3,1.
Bezpośrednim impulsem do takich przemyśleń było rozpoczęcie studiowania II kierunku studiów. Niestety, zamiast tak, jak w większości przypadków - studiowania prawie równolegle z pierwszym, u mnie jest tak, że jestem na końcówce I i zaczynam II...
Z jednej strony fajnie, bo kierunek, który wybrałem, już od pewnego czasu "chodził za mną", tylko jakoś "nie było okazji", żeby go rozpocząć... aż do teraz... I jest we mnie radość i wdzięczność, bo także mogłem zobaczyć jak wielkim darem jest móc studiować - (szkoda, że trzeba było trochę do tego dojrzeć...)
Nie mniej, jest takie uczucie, że mimo wszystko ten okres, w którym studia (czyt. nauka na "pełny etat") stanowiły trzon mojego życia już minął, że teraz trzeba iść dalej, że trzeba iść do przodu... Tu też przypominają mi się słowa o. Piotra Rostworowskiego EC, że w życiu musi być pewna dynamika, że nie można się zatrzymywać w miejscu, że trzeba iść cały czas naprzód...

niedziela, 5 września 2010

Inspiracje

Są takie zdjęcia, które, moim zdaniem mają w sobie (zamierzony lub nie) przekaz. Np. jak poniższa, która wg. mnie zachęca do pójścia pod prąd... 

fot. Wojtek Ulman OFM Conv

Mamy tu widoczny duży kontrast: z jednej strony elegancja typowego męskiego stroju (a przynajmniej jego fragmentu ;), a z drugiej, zwykły szary habit (z fragmentem stuły) zlewający się z ziemią i sandały... z jednej strony dobra doczesne, z drugiej ubóstwo... 

środa, 1 września 2010

71 rocznica Apokalipsy...

71 lat temu Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę... bez ostrzeżenia...

Nie wnikając dokładnie w szczegóły historyczne, próbowałem wyobrazić sobie, co musieli czuć ci ludzie, którzy byli świadkami tego, co się dzieje.

Dopiero co kończyły się wakacje, dzieci miały iść do szkoły, dorośli kończyli urlopy... Sielanka... W tle co prawda dość wyraźnie wisiała groźba ew. wojny, ale większość obywateli miała nadzieję, że nikt nie jest na tyle szalony, by po 20 latach od poprzedniego konfliktu, wszczynać nowy...
Niestety...
Najpierw poranne gazety donoszą o ataku na Westerplatte, zbombardowaniu Wielunia i wkroczeniu wojsk Niemieckich do Polski praktycznie na całej długości granicy... tego samego dnia pierwsze bomby spadły także na Częstochowę, Kraków, Tczew i Górny Śląsk...
Ci, którzy jeszcze dzień wcześniej, pisali w gazetach, że "Hitler nie zaryzykuje wojny",zderzyli się z twardą rzeczywistością...
już 3 września, zajęte były Śląsk, część Wielkopolski i Kujawy...
Co prawda, tego samego dnia Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom ALE... poza przekroczeniem granicy, i zajęciem Saary... właściwie nie zrobiły nic...

W tym czasie wojska niemieckie posuwały się naprzód... a do ludności cywilnej, oprócz wiadomości z frontu, docierały także budzące grozę pogłoski o niebywałym okrucieństwie niemieckiej armii wobec cywilów...

Polska arma broniła się zaciekle, ale wobec przewagi liczebnej i nie do końca skoordynowanych działań dowódców, nie była w stanie zatrzymać ataku....

17.09 - atak Sowietów przesądził sprawę...

Poniższy film ilustruje to w dość sugestywny sposób...


To musiało być straszne doświadczenie - sielanka, w ciągu niespełna kilkunastu godzin zamieniła się w piekło...

Naloty bombowe powodowały, że nawet ci, którzy byli pozornie daleko od linii frontu, nie mogli się czuć bezpiecznie...

Dodatkowo, doszło jeszcze poczucie zupełnego opuszczenia po, niemrawej reakcji Francji i Niemiec i zdradzieckim ataku Rosjan...

Co było dalej wiemy: masowe mordy ludności cywilnej, obozy zagłady, "przemysłowa" eksterminacja narodów... jednym słowem Apokalipsa

Dziś wielu historyków jest zdania, że przecież można było temu zapobiec..., że gdyby Anglia i Francja zareagowały... gdyby zareagowano na aneksję Austrii... gdyby...
Tyle, że obecnie też mamy wielu takich "Hitlerów" i wciąż nikt nie reaguje... Obecnie też planuje i przeprowadza się agresje, w imię osiągnięcia czysto gospodarczych celów, często po płaszczykiem szumnych haseł... i także nikt, bądź niewiele osób chce reagować...

środa, 25 sierpnia 2010

Piękno natury

Są takie chwile kiedy mam ochotę podnieść ręce do góry i zakrzyknąć z radości i zachwytu z powodu tego, co widzę. Cóż to takiego? Natura, a szczególnie nocne, rozgwieżdżone niebo, które ukazując niesamowite, wręcz mistyczne piękno, jednocześnie uczy pokory, że my ludzie, wobec potęgi wszechświata jesteśmy niczym... Jak potężny musi być Ten, spod którego ręki wyszło to wszystko?
To co dodatkowo zaskakuje, to, że w tym pozornym chaosie, jest niesamowity porządek, mimo ogromu tego wszystkiego co widzimy, wszystkie planety, gwiazdy galaktyki są ze sobą ściśle powiązane i oddziaływują na siebie wzajemnie. I nie ważne, że odbywa się to za pośrednictwem praw fizyki. I im bardziej zagłębiam się w te zależności i szczegóły, to tym bardziej się utwierdzam, że to wszystko jest zbyt skomplikowane i zarazem zbyt regularne aby mogło byc dziełem czystego przypadku...

Poniżej film, który mnie zainspirował do napisania tego posta

Joshua Tree Under the Milky Way from Henry Jun Wah Lee on Vimeo.


P.S
Kiedy widzimy na nocnym niebie Drogę Mleczną - mamy niezwykłą okazję podziwiac naszą galaktykę jakby w przekroju... I przed naszymi oczami rozciąga się panorama na kilkadziesiąt lat świetlnych..

EDIT:
poniższy filmik doskonale ilustruje rozmiary zbadanego dotychczas Wszechświata: wszelkie wymiary i odległości są zachowane w skali.

środa, 27 stycznia 2010

Mniej niż zero...

Wydawać by się mogło, że co jak co, ale opady śniegu w styczniu zaskoczyć nikogo nie mogą, a już niewielkie opady (tak do 5 cm) to powinna być norma... Jak można się było przekonać całkiem niedawno - nie wszędzie...

Zacznijmy od naszych wspaniałych punktualnych i nowoczesnych kolei ;)
Wystarczyła mieszanka marznącego deszczu + mróz - 10 stopni i PKP leży (a raczej stoi) i kwiczy... I, co gorsza, wcale to nie były jakieś drugorzędne linie, ale te główne szlaki z CMK na czele... Lekki chaos, który trwał od początku roku, spowodowany zmianą rozkładu jazdy, zamienił się w totalny burdel... Nikt nie wiedział, czy pociąg wyjedzie, a jeśli tak, to czy dojedzie, i kiedy.. opóźnienia rzędu 3-4 godzin to norma, rekordziści dobijali do 14 h.... Co gorsza pasażerowie często jechali bez ogrzewania..
Oliwy do ognia dolewał jeszcze rzecznik prasowy PKP Intercity twierdząc, że opóźnienia rzędu 2h to całkiem nieźle i, że on sam nie raz jeździ w gorszych warunkach... Pasażerowie chyba byli odmiennego zdania, bo niektóre relacje w TV to był tylko ciąg pisków przerywany pojedynczymi słowami...
Wróćmy do sedna sprawy. Jak się okazało, wspomniana wcześniej mieszanka, spowodowała oblodzenie trakcji i pociągi (elektryczne) bez trakcji nigdzie nie pojadą... Zwykle na taką chwilę, są trzymane rezerwy lokomotyw spalinowych, ale... ktoś kiedyś uznał, że są zbędne i lokomotywy trafiły pod palnik, a następnie do pieca hutniczego... A te co zostały, nie były w stanie zapewnić płynnego ruchu...
Co jakiś czas w TV widać było tylko relacje z "odkuwania" sieci - czyli brygady okutanych po uszy pracowników PKP PL, którzy na podnośnikach obkładali drewnianymi pałami przewody trakcyjne... ;) Nie ma to jak XXI wiek ;) (Swoją drogą to ciekaw jestem czy takie "odkuwanie" nie odbije się potem na "zdrowiu" przewodów trakcyjnych)
Po 3 dniach chaosu, dumne z siebie władze kolejowe, ogłosiły że już wszystko udrożniono... i pociągi mogą jeździć normalnie... no prawie normalnie...
gdzie niegdzie zdarzały się jeszcze opóźnienia do 2h, ale ogólnie było już lepiej.

Poza koleją też można zaobserwować wielkie zdziwienie na twarzach ludzi, gdy prognoza pogody mówi o 20 stopniowych mrozach... Na ulicach można zobaczyć jak światło dzienne ujrzała "ciężkie opancerzenie" w postaci różnej maści kożuchów i futer, oraz różnych grubych (niekoniecznie modnych) kurtek... Tak na oko niektóre chyba pamiętały jeszcze stan wojenny...Cóż, widać, że pewne rzeczy, sprawdzone "w boju", mimo upływu czasu, są nie do zastąpienia...
Gdzieniegdzie zdarzają się też "okazy" które pomykają przy -15 w kusych kurteczkach z nerami i pępkami na wierzchu (masochistki jakie czy co?) w wielkich szpilach na nogach...

Jak widać przez to całe "globalne ocieplenie" ludzie zapomnieli jak wygląda zima... Dobrze, że natura postawiła im to przypomnieć ;)

Mniej więcej w tym samym czasie, wybrałem się razem z moją siostrą na taki "rozruchowy" marsz po Lasku Wolskim. Trasa wiodła spod hotelu Cracovia, przez kopiec Kościuszki, ZOO do kopca Piłsudskiego.

Gdy byliśmy na ostatnim etapie (Zoo -> Kopiec Piłsudskiego) mieliśmy okazję podziwiać piękno ale również niszczycielską siłę mrozu. Widzieliśmy dziesiątki połamanych drzew i gałęzi. Część przygięta do ziemi pod naporem lodowej skorupy - jednym słowem totalna demolka...

Jak widać na zdjęciach, zima się nie pieści z otoczeniem...



Z kopca było to widać jeszcze lepiej i dokładniej, a i na samej górze wszystkie balustrady i poręcze zyskały dodatkowe - lodowe otuliny. Na szczycie było bardzo niebezpiecznie, zejście, przynajmniej z tarasu widokowego, wymagało maksymalnej ostrożności, wystarczyło na moment się zagapić i zjazd (niekoniecznie na tyłku)na przełaj w dół murowany. A że pod cienką warstwą śniegu był lód, a na dole czekał zmrożony żywopłot... to nie było by to zbyt przyjemne... Na szczęście w takim stanie był tylko fragment wystający powyżej linii koron drzew, pozostała część była w całkiem znośna. Na górze doskonale można było zobaczyć skalę zniszczenia lasu, wszystkie drzewa z gałęziami ugiętymi do dołu. W miejscu placu zabaw - między huśtawkami i domkami walały się połamane gałęzie... Było także drzewo, które jakimś cudem nie złamało się i zostało zgięte do ziemi (patrz zdjęcie). Z każdym mocniejszym powiewem wiatru słychać było tylko skrzypienie i ciche trzaski wśród drzew.






Jak napisałem wcześniej, wszystko na szczycie było oblodzone, w pełnym tego słowa znaczeniu... wszystko, łącznie ze źdźbłami trawy, które zostały wydobyte spod śniegu przez wiatr... teraz zakute lodowe czapeczki, wyglądały całkowicie nieziemsko.

sobota, 8 sierpnia 2009

Pędząc przez noc....

Może jeszcze tego nie wiecie, ale bardzo lubię podróżować pociągiem. Kiedy planuję jakąś dalszą podróż, staram się właśnie korzystać z tego środka lokomocji...
Całkiem niedawno miałem okazję podróżować nocnym składem z Przemyśla do Krakowa. Jako, że wsaidałem na stacji początkowej, cały przedział był dla siebie :) (dodatkowo od strony korytarza zasłoniłem dokładnie okna firaneczkami, żeby nikt się nie dosiadł ;-) ).
Kiedy w końcu ruszyliśmy, było już dosyć późno (22:13), za oknem mrok, przy włączonym świetle w przedziale, było widać tylko majaczące nabliższe otoczenie szlaku...
W pewnym momencie, nie wiem czy to był jakiś automat, czy może kierownik pociągu coś przełączył, wyłączyły się świetlówki, a zamiast nich włączyło się bardzo słabiutkie oświetlenie nocne. W tym momencie pomyślałem sobie:
- Super! Nie dość, że jadę sam, to teraz jeszcze światło zgasło, tylko patrzeć jak ktoś wejdzie i da mi w łeb... (w końcu o tym, co podobno się wyprawia w takich pociągach, to legendy krążą... a ja jechałem na dosyć popularnym szlaku z Ukrainy ;) ) Ostatecznie w łeb nikt mi nie dał... jednak nastąpiło coś innego...
Chwilę po "zaciemnieniu" spojrzałem za okno i... to co zobaczyłem naprawdę mnie urzekło...
Naglę zdałem sobie sprawę, że oto mknę w środku nocy, przez pogrążone we śnie miasta i wsie. Wszystkie oświetlone mniej lub bardziej, sprawiały wrażenie jakby zupełnie z innego, nieznanego świata. Mimo, że pokonywałem tą trasę nie pierwszy raz, dopiero teraz mogłem doświadczyć jej niezwykłego oblicza, jakiego nigdy wcześniej nie miałem okazji oglądać. Naprawdę niesamowity klimat.
Wogóle podróż nocą pociągiem, ma w sobie coś niezwykłego, wydawać by się mogło, że czeka nas podróż w wyludnionych przedziałach, że na szlaku nie spotkamy żywego ducha. Nic z tych rzeczy. Mimo iż reszta kraju spała, kolej wciąż tętniła życiem. Tak jak w czasie snu, serce nie przestaje pracować, tak kolej, bez względu na okoliczności kolej także jest ciągle w ruchu. Jakby nie zważając na późną porę, na każdej stacji, przez korytarze wagonów przewijało się mnóstwo ludzi, dopiero gdy ruszaliśmy, gwar rozmów był zastępowany miarowym stukotem kół oraz szumem jazdy... To było niesamowite wrażenie, jak kilka minut po odjeździe ze stacji, wagony cichły, a dawał się jedynie słyszeć stukot i szum.... Jakby niezwykła kołysanka, która układała podróżnych do snu...
Stuk, stuk, z każdym odgłosem, mijaliśmy kolejne kilometry, stacje, przejazdy... Cztery godziny podróży minęły bardzo szybko i gdy zobaczyłem przez okno oświetlone kominy Elektrociepłowni w Łęgu, z pewnym smutkiem pomyślałem, że czas wysiadać... Nie chcąc budzić współpasażerów pogrążonych w tej kolejowej drzemce, najciszej jak potrafiłem zdjąłem swój plecak i wyszedłem z przedziału, na korytarz skąpany w świetle jarzeniówek...
Punktualnie o 2:05 pociąg, zupełnie nie zważając na ciszę nocną, w akompaniamencie radosnej symfonii wygrywanej przez dziesiątki szczęk hamulcowych, z gracją przystanął przy peronie 2 dworca Kraków Płaszów...
Z głębokim westchnięciem otworzyłem drzwi i zszedłem na peron... zanim pogrążyłęm się w otchłani przejścia podziemnego, obserwowałem jeszcze jak obsługa uwija się z dołączaniem do mojego składu dodatkowych wagonów z Zakopanego... Oni jadą dalej, a dla mnie podróż kończy się tutaj...
Gdy wyszedłem z budynku dworcowego, znalazłem się w jakby zupełnie innym świecie... Mimo iż jeszcze przed chwilą znajdowałem się na tętniącej życiem stacji, teraz znajdowałem się pośrodku pogrążonego we śnie osiedla. Niezwykłe doświadczenie potęgował fakt, że szedłem wzdłóż ulicy, która w ciągu dnia jest bardzo zatłoczona, a teraz była kompletnie pusta, jedynie od czasu do czasu przejechał pojedyńczy samochód...
poza tym cisza... jak delikatna mgła spowijała okolicę...
Idąc piechotą do domu (o tej porze, raczej nie było co liczyć na nocny... ;) ), myślami byłem cały czas dalej w tym pociągu. Przynam się, że dzięki tej podróży, jeszcze bardziej polubiłem podróżowanie koleją. Zrozumiałem, że to jest to, co kocham i co sprawia, że zaczynam żyć. :)

piątek, 10 lipca 2009

Mój Kraków

 

 

 



Lubię wieczorne spacery po Starym Mieście... Przy odrobinie szczęścia, można uchwycić niezwykły klimat Krakowa...
Posted by Picasa

piątek, 5 czerwca 2009

ROBOT(y)

Od czasu do czasu można usłyszeć wypowiedzi, że młodzi ludzie nie chcą studiować na uczelniach technicznych... I tu pada cała litania rzekomych powodów, które mają umotywować obecny stan rzeczy...
M.in. pojawia się stwierdzenie, że sposób nauczania jest nudny... w pewnym sensie (z autopsji) nie sposób się nie zgodzić :). Często w programie pojawiają się tzw. "zapchaj_dziury" które na danym kierunku raczej się nie przydadzą (a przynajmniej nie w takim kształcie jakim są). Jednak ten post nie jest o akademickich prorgamach nauczania... jest o czym innym....
Tak się składa, że obecnie w Galerii Krakowskiej jest wystawa zatytułowana "Stulecie Robotów", gdzie (jak nazwa mówi) jest możliwość podziwiania robotów wszelkiej maści (od humanoidów, przez przemysłowe, po krabach i manipulatorach kończąc)A przede wszystkim można spróbować własnych sił, w budowie i programowaniu takiego robota... no może trochę prostszego ;) Są udostępnione stanowiska, gdzie ze specjalnych klocków, można zbudować własnego robota (wg. instrukcji) a następnie, po zamontowaniu sterownika i podpięciu do komputera, zaprogramować własnoręcznie stworzonym programem(który tworzy się bardzo łatwo)...
Ale co w tym wszystkim jest najfajniejsze? Najwięcej radochy i pasji w tej kreatywnej zabawie, mają ludzie określani mianem "blokersów", vel. "dresik" itp. Naprawdę! Gdy sam programowałem swoje "dieło", obok mnie, w tym czasie kilku z nich prześcigało się w budowie najbardziej zaawansowanego robota, korzystając z zestawu Lego Mindstorms (umożliwiającego proste i szybkie konstruowanie nawet zaawansowanych robotów). Mówię wam, niesamowicie budujący widok... i ta pasja w ich oczach... Widać, że ich to naprawdę wciągnęło... Jeżeli tylko znalazłby się ktoś, kto umiałby zachęcić ich do jej rozwijania... No to wtedy być może usłyszelibyśmy za parę lat, o przełomowych odkryciach dokonanych w dziedzinie robotyki...

czwartek, 21 maja 2009

Chyba miał pan rację, panie Orwell...

Oto do czego może prowadzić ludzka chciwość, reprezentowana przez niektóre sfery rządzące, oraz koncerny medialne:
Najnowszy projekt Francuskiej ustawy mającej rzekomo zwalczać "piractwo" :
http://republika.onet.pl/37608,26,1,fabryka.html

najbardziej dobitny cytat z tego chorego wymysłu:
Proponowana ustawa zezwala władzy na instalowanie oprogramowania, które będzie "analizowało, zbierało, zapisywało i przesyłało" ciągi znaków z klawiatury każdego obywatela do "odpowiedniej instytucji". Dostawcy internetu z kolei będą mieli obowiązek blokowania witryn internetowych, które wzbudzają podejrzenia urzędników. Każdy internauta będzie miał swój wpis w potężnej bazie danych, który będzie na bieżąco uzupełniany.


A to oznacza, że władza otrzyma nieskrępowany dostęp m.in. do twojej poczty e-mail, kont bankowych, komunikatorów, portali społecznościowych, krótko mówiąc do WSZYSTKIEGO co robisz w sieci i na swoim własnym komputerze... tyle, że z walką z piractwem, to już nie ma nic wspólnego...

Jeśli kiedykolwiek chcieliście coś zrobić dla świata, ale nie wiedzieliście czy to odpowiedni moment - teraz macie na to niezbity dowód: są ludzie, którzy tak bardzo się boją ujawnienia swoich czynów i ich skutków, że są gotowi sparaliżować sieci komunikacyjne, byleby tylko mogli dalej być bezkarni.... Tylko że to się srogo zemści. Bo ludzie w końcu otworzą oczy i we Francji, może dojść nawet do kolejnej Rewolucji...
Ktoś może powiedzieć, że to ściema: otóż nie! Podobna ustawa, tylko łagodniejsza (bez inwigilacji obywateli), już działa we Francji... A tzw. "pakiet telekomunikacyjny", który w praktyce pozwala providerom wg. własnego "widzi mis się" cenzurować internet, był głosowany w Parlamencie Europejskim (PE)5 maja br.! Na szczęście w tej kadencji Parlamentu, ustawa nie przeszła... Za to będzie poddana pod głosowanie ponownie, już za rządów nowej kadencji...
http://www.alert24.pl/alert24/1,84880,6551692,_Stop_cenzurze___Internauci_kontra_Pakiet_Telekomunikacyjny.html
http://www.blackouteurope.pl/
Na szczęście, projekt PE powoduje, że bardzo ucierpią także dostawcy mediów, reklamodawcy oraz inni "przemysłowi" użytkownicy Internetu, co sprawi, że raczej powinien zostać dorzucony.
Nie zmienia to faktu, że komuś, bardzo nie podoba się wolna sieć, nie podoba się prawo do wolności wypowiedzi. I to do tego stopnia, że w imię walki z wyolbrzymionym wrogiem jakim jest piractwo, chce się pozbawić podstawowego prawa, setek milionów internautów....
Dlatego, apeluję do was: Mądrze oddajcie swój głos w Eurowyborach! Sami widzicie co się dzieje, kiedy do władzy dojdzie nieodpowiednia osoba... Nie zamierzam agitować dla żadnego z kandydatów. Proszę tylko o jedno. Nie kierujcie się krzykliwymi spotami, ani szumnymi hasłami. To tylko ściema na czas wyborów - taka zapchajdziura, głodne kawałki dla ludu... Kiedy już klamka zapadnie, wtedy nie raz okazuje się, jakiego tak naprawdę dokonaliśmy wyboru...
Zdaję sobie sprawę, że ten post jest bardzo emocjonalny. Jednak, jak widać, przez chore (bo tak trzeba powiedzieć o tego typu projektach) regulacje prawne, szykowany jest zamach na naszą wolność i prywatność, i to wszystko w "majestacie prawa" oraz dla naszego rzekomego dobra... Nie dajmy się ogłupiać!

niedziela, 12 kwietnia 2009

Chrystus Zmartwychwstał!!!!!!




6. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał.
Mt 28:6
(BT)

24. Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim,
Dz 2:24
(BT)

Kochani!
Życzę wam, aby Chwała Zmartwychwstałego Chrystusa, przemieniała wasze serca i napełniała je nadzieją na każdy nowy dzień.
Chcę wam także życzyć, aby nawet w po ludzku beznadziejnych przypadkach, nigdy nie tracili wiary w Jego moc.

środa, 11 lutego 2009

Postrach Ala Capone


Ten jegomość po lewej to Hymie Weiss... znany inaczej jako Earl Wojciechowski... (ciekawe czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa... ;))... jedyny człowiek, którego śmiertelnie bał się sam Al Capone...
Włamywacz, złodziej samochodów, kasiarz, przemytnik alkoholu, wreszcie morderca – zasłynął osobistą odwagą w międzygangsterskich porachunkach, co zaprowadziło go na szczyty w irlandzkim gangu sławnego O’Baniona. - tak można by streścić krótko biografię tego człowieka.
Co ciekawe Weiss-Wojciechowski, legenda chicagowskich gangów, uważał się za gorliwego katolika. Nigdy nie opuścił niedzielnej Mszy św., zawsze nosił przy sobie krucyfiks i różaniec, obok nich również dwa nabite pistolety. Wszystko to razem jakoś mu się nie kłóciło…
Dlaczego o nim piszę? Ponieważ, dzielę z nim nazwisko oraz fakt, że tylko jego bał się sam Al Capone...
Nie chcę go gloryfikować... powiedziałbym, że jest to postać tragiczna...
Kto wie, może gdyby ktoś potrafił trafić do Earla wcześniej, być może jego życie potoczyło by się zupełnie inaczej...

piątek, 6 lutego 2009

Jelcz piękny autubus.... :P

Co prawda fabryka Jelcza już nie istnieje, ale autobusy tej marki wciąż można spotkać na naszych drogach... :) Stąd piosenka :) :P have fun! :D

czwartek, 5 lutego 2009

Odcinanki, cacanki...

Całkiem niedawno, na portalu onet.pl pojawiła się informacja, jakoby jeden z największych polskich dostawców internetu, zdecydował się na odcinanie od sieci osób, które pobierają nielegalne treści z internetu...
Ktoś, kto nie zna szczegółów powie pewnie, że wreszcie wzięto się ostro za piratów... Niestety rzeczywistość wcale nie jest tak różowa...
Prawdopodobnie ten pomysł (o ile jest prawdziwy) to wynik lobbingu organizacji walczących o prawa autorskie (ia przede wszystkim kasę) dla twórców... Nie było by w tym nic złego, gdyby nie to, że do tej pory, w tym celu, próbowały one w tym celu m.in. uzyskać nieuprawniony dostęp do komputerów użytkowników sieci p2p...
Ponadto odcinanie użytkowników (klientów) od sieci, szczególnie teraz w dobie kryzysu, pomijając fakt, że nie ma większego sensu (jak ktoś naprawdę chce dostać piracki soft, filmy czy muzę to i tak dostanie... :)), jest po prostu aktem samobójczym. Dlaczego? Klienci, którzy zostaną odłączeni, przeniosą się do dostawcy, który nie prowadzi tak restrykcyjnej polityki khm..khm.. "antypirackiej"... A nasz "praworządny" provider... pójdzie z torbami...
Już teraz internauci, komentujący ten artykuł, tłumnie zapowiadają wypowiedzenie umów i przejście do innych dostawców...
Ponadto dyskusyjnym wydaje się, w jaki sposób dostawca miałby sprawdzać z kim łączy się jego klient? Jeśli połączenie jest nieszyfrowane, to może użyć tzw. sniffera do podglądu pakietów... tylko, że samo użycie takiego programu jest nielegalne... więc przez sam ten fakt provider złamałby prawo...
Poza tym na logikę, jaki jest sens oferować klientom łącza o prędkości 10 mbps, jeśli nie mogą niczego ściągać? Do przeglądania stron? Do poczty? To trochę tak, jakby kupować sobie Lamborghini Murcielago, z myślą jazdy tylko i wyłącznie do pracy... totalny bez sens... Im szybsze łącze, to aż prosi się o wykorzystanie tego potencjału... :)
Czas pokaże czy te założenia wejdą w życie...

poniedziałek, 26 stycznia 2009

SES(y)JA

Niezbyt przyjemny okres w życiu studenta... A tak na serio: trzymajcie kciuki, bo nie jednego "gieroja" sesja już pokonała...

środa, 24 grudnia 2008

Wesołych Świąt!




Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy,
Dzień zwykły dzień,, w którym gasną wszelkie spory
Jest taki dzień, którym radość wita wszystkich,
Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski.


Z okazji zbliżających się świąt, chciałbym Wam wszystkim, którzy czytacie tego bloga, złożyć najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia i pomyślności.
Wesołych Świąt!

sobota, 8 listopada 2008

Think.... BIG

Ostatnio dla relaksu bawiłem się programem Celestia - dzięki któremu mogłem podziwiać różne obiekty we wszechświecie.... Podczas takiej zabawy, trafiłem na Betelgezę, gwiazdę, której średnica jest 630 razy większa od Słońca (tak, tak 630 razy WIĘKSZA od Słońca!). Czyli jej średnica wynosi ok. 905 125 000 km.....



Zdjęcie Betelgezy wykonane przez teleskop Hubble'a



Pewnie wielu z was powie, że chciało by ten widok zobaczyć z bliska... ja wolę zostać tu na Ziemi.... dlaczego? Otóż, Betelgeza jest niestabilna i znajduje się w ostatnim stadium życia gwiazdy... Naukowcy przewidują, że w ciągu najbliższych kilku tysięcy lat, zginie w gigantycznej eksplozji.... Ta eksplozja będzie widoczna z naszej planety, i w tym okresie(klika miesięcy), Betelgeza będzie jaśniejsza od Księżyca.....



Zaciekawiło mnie, czy jest jakaś gwiazda większa od niej.... Wrzuciłem hasło "Betelgeza" do Wikipedii i na końcu notki o tym obiekcie znalazłem "Lista największych gwiazd...". Kliknąłem i okazało się, że największą z nich jest VY Canis Majoris, której średnica wynosi od. 1800-2100 średnic Słońca.... czyli mniej więcej 4 825 050 000 km (słownie: cztery miliardy osiemset dwadzieścia pięć milionów pięćdziesiąt tysięcy kilometrów średnicy....) robi wrażenie, nie? To więcej niż odległość Neptuna od Słońca... a to oznacza, że gdyby wstawić ją do Układu Słonecznego... Wszystkie planety, łącznie ze Słońcem (o Ziemi nawet nie wspominając), znalazły by się w jej wnętrzu.....

Gdy to przeczytałem, dreszcz przeszedł mi po plecach, a w mojej głowie była tylko jedna myśl:
- WOOOOW! Niezłe bydle...
Żeby sobie uzmysłowić, z czym tak naprawdę mamy do czynienia... z jakimi wielkościami... dodaną taką ciekawostkę, że gdyby człowiek chciał obejść piechotą
VY Canis Majoris zajełoby mu to 650 000 lat (dla porównania taki sam wyczyn na ziemi zajmuje 2 lata i 11 miesięcy).
A należy jeszcze wspomnieć, że VY Canis Maojoris, jest największą gwiazdą do tej pory odkrytą... Nie wiadomo czy we Wszechświecie, nie znajdują się większe od niej obiekty....
Świadomość istnienia takich gigantów uczy pokory.... Nasze Słońce, wydaje się, pyłkiem przy VY Canis Majoris... a co dopiero Ziemia......


Porównanie rozmiarów Słońca i VY Canis Majoris


Na koniec filmik pokazujący porównanie średnic Ziemi i innch planet, oraz m.in Betelgezy jak i VY Canis Majoris

piątek, 31 października 2008

Krakooff

Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że Kraków, to magiczne miasto... Ma swój niepowtarzalny klimacik, atmosferę, której nie można znaleźć nigdzie indziej... W/w właściwości powodują, że często budynki, które codziennie mijamy w czasie przechadzki po Rynku, w pewnych okolicznościach ukazują swoje niezwykłe oblicze....
Czasami okazja pojawia się sama: np. gdy udamy się na nocny/wieczorny spacerek w okolicach Rynku/Plant i dodamy do tego chęć "ustrzelenia" ciekawych fotek, podpartą aparatem pod łapą, to coś ciekawego musimy otrzymać (nie ma bolca, musimy).
Jako że akurat w tym momencie wracałem z AGH (której gmach wieczorem naprawdę majestatycznie się prezentuje), to moja trasa, "standardowo" prowadziła, m.in. Collegium Novum UJ.
Gdy zobaczyłem pięknie iluminowany budynek, natychmiast pojawiła się myśl, że muszę to "zfocić", co też od razu, zrobiłem.
Gdy podszedłem trochę bliżej, postanowiłem "wyciągnąć" tą historię, która skrywa się w tym budynku. Skupiłem się trochę na jego bryle, chcąc uchwycić detal, który, zdradzał, historyczną przeszłość budowli...
Moją uwagę zwróciły okna, na pierwszym piętrze. Zaciemnione, zdawały się opowiadać barwne dzieje tej uczelni.... Zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób je uchwycić. Podszedłem trochę w stronę w stronę ulicy Gołębiej, i cyk! :)


Mając już to zdjęcie, wspomnianą wcześniej Gołębią, skierowałem się w stronę Rynku, licząc, że tam znajdę kolejne inspiracje... Nie myliłem się: gdy wszedłem na płytę i zobaczyłem łopoczące na wietrze flagi (dekoracja z okazji 90 rocznicy wyzwolenia Krakowa spod C.K. panowania), niemalże od razu, przypomniałem sobie, że w moim Canonku, jest taki fajny tryb "powolnej migawki", przez co szybko poruszające się obiekty, na zdjęciach, zostawiają za sobą takie "smugi". Bardzo ciekawie to wygląda... Więc, jak pomyślałem tak zrobiłem... w "praniu" wyszedł jednak pewien problem: taki tryb przewiduje długie czasy naświetlania (ok. 1 s), a to oznacza, że dla optymalnego efektu, aparat nie może drgnąć przez tą 1 s. choćby o mm... niezbędny okazuje się statyw... tyle że w tym momencie, ja nie miałem takiego pod ręką... No ale jakoś udało mi się porobić kilka fotek tych flag... jak wyszły? hmm.. oceńcie sami... :)






piątek, 3 października 2008

Jest takie miejsce niezwykłe....

Bazylika św. Franciszka z Asyżu w Krakowie.... niesamowite miejsce...

Od Artystyczne



Przy odrobinie chęci i Photoshopa, można wydobyć chociaż niewielki fragment głębi jaką posiada to miejsce...
Powered By Blogger