środa, 1 września 2010

71 rocznica Apokalipsy...

71 lat temu Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę... bez ostrzeżenia...

Nie wnikając dokładnie w szczegóły historyczne, próbowałem wyobrazić sobie, co musieli czuć ci ludzie, którzy byli świadkami tego, co się dzieje.

Dopiero co kończyły się wakacje, dzieci miały iść do szkoły, dorośli kończyli urlopy... Sielanka... W tle co prawda dość wyraźnie wisiała groźba ew. wojny, ale większość obywateli miała nadzieję, że nikt nie jest na tyle szalony, by po 20 latach od poprzedniego konfliktu, wszczynać nowy...
Niestety...
Najpierw poranne gazety donoszą o ataku na Westerplatte, zbombardowaniu Wielunia i wkroczeniu wojsk Niemieckich do Polski praktycznie na całej długości granicy... tego samego dnia pierwsze bomby spadły także na Częstochowę, Kraków, Tczew i Górny Śląsk...
Ci, którzy jeszcze dzień wcześniej, pisali w gazetach, że "Hitler nie zaryzykuje wojny",zderzyli się z twardą rzeczywistością...
już 3 września, zajęte były Śląsk, część Wielkopolski i Kujawy...
Co prawda, tego samego dnia Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom ALE... poza przekroczeniem granicy, i zajęciem Saary... właściwie nie zrobiły nic...

W tym czasie wojska niemieckie posuwały się naprzód... a do ludności cywilnej, oprócz wiadomości z frontu, docierały także budzące grozę pogłoski o niebywałym okrucieństwie niemieckiej armii wobec cywilów...

Polska arma broniła się zaciekle, ale wobec przewagi liczebnej i nie do końca skoordynowanych działań dowódców, nie była w stanie zatrzymać ataku....

17.09 - atak Sowietów przesądził sprawę...

Poniższy film ilustruje to w dość sugestywny sposób...


To musiało być straszne doświadczenie - sielanka, w ciągu niespełna kilkunastu godzin zamieniła się w piekło...

Naloty bombowe powodowały, że nawet ci, którzy byli pozornie daleko od linii frontu, nie mogli się czuć bezpiecznie...

Dodatkowo, doszło jeszcze poczucie zupełnego opuszczenia po, niemrawej reakcji Francji i Niemiec i zdradzieckim ataku Rosjan...

Co było dalej wiemy: masowe mordy ludności cywilnej, obozy zagłady, "przemysłowa" eksterminacja narodów... jednym słowem Apokalipsa

Dziś wielu historyków jest zdania, że przecież można było temu zapobiec..., że gdyby Anglia i Francja zareagowały... gdyby zareagowano na aneksję Austrii... gdyby...
Tyle, że obecnie też mamy wielu takich "Hitlerów" i wciąż nikt nie reaguje... Obecnie też planuje i przeprowadza się agresje, w imię osiągnięcia czysto gospodarczych celów, często po płaszczykiem szumnych haseł... i także nikt, bądź niewiele osób chce reagować...

środa, 25 sierpnia 2010

Piękno natury

Są takie chwile kiedy mam ochotę podnieść ręce do góry i zakrzyknąć z radości i zachwytu z powodu tego, co widzę. Cóż to takiego? Natura, a szczególnie nocne, rozgwieżdżone niebo, które ukazując niesamowite, wręcz mistyczne piękno, jednocześnie uczy pokory, że my ludzie, wobec potęgi wszechświata jesteśmy niczym... Jak potężny musi być Ten, spod którego ręki wyszło to wszystko?
To co dodatkowo zaskakuje, to, że w tym pozornym chaosie, jest niesamowity porządek, mimo ogromu tego wszystkiego co widzimy, wszystkie planety, gwiazdy galaktyki są ze sobą ściśle powiązane i oddziaływują na siebie wzajemnie. I nie ważne, że odbywa się to za pośrednictwem praw fizyki. I im bardziej zagłębiam się w te zależności i szczegóły, to tym bardziej się utwierdzam, że to wszystko jest zbyt skomplikowane i zarazem zbyt regularne aby mogło byc dziełem czystego przypadku...

Poniżej film, który mnie zainspirował do napisania tego posta

Joshua Tree Under the Milky Way from Henry Jun Wah Lee on Vimeo.


P.S
Kiedy widzimy na nocnym niebie Drogę Mleczną - mamy niezwykłą okazję podziwiac naszą galaktykę jakby w przekroju... I przed naszymi oczami rozciąga się panorama na kilkadziesiąt lat świetlnych..

EDIT:
poniższy filmik doskonale ilustruje rozmiary zbadanego dotychczas Wszechświata: wszelkie wymiary i odległości są zachowane w skali.

środa, 27 stycznia 2010

Mniej niż zero...

Wydawać by się mogło, że co jak co, ale opady śniegu w styczniu zaskoczyć nikogo nie mogą, a już niewielkie opady (tak do 5 cm) to powinna być norma... Jak można się było przekonać całkiem niedawno - nie wszędzie...

Zacznijmy od naszych wspaniałych punktualnych i nowoczesnych kolei ;)
Wystarczyła mieszanka marznącego deszczu + mróz - 10 stopni i PKP leży (a raczej stoi) i kwiczy... I, co gorsza, wcale to nie były jakieś drugorzędne linie, ale te główne szlaki z CMK na czele... Lekki chaos, który trwał od początku roku, spowodowany zmianą rozkładu jazdy, zamienił się w totalny burdel... Nikt nie wiedział, czy pociąg wyjedzie, a jeśli tak, to czy dojedzie, i kiedy.. opóźnienia rzędu 3-4 godzin to norma, rekordziści dobijali do 14 h.... Co gorsza pasażerowie często jechali bez ogrzewania..
Oliwy do ognia dolewał jeszcze rzecznik prasowy PKP Intercity twierdząc, że opóźnienia rzędu 2h to całkiem nieźle i, że on sam nie raz jeździ w gorszych warunkach... Pasażerowie chyba byli odmiennego zdania, bo niektóre relacje w TV to był tylko ciąg pisków przerywany pojedynczymi słowami...
Wróćmy do sedna sprawy. Jak się okazało, wspomniana wcześniej mieszanka, spowodowała oblodzenie trakcji i pociągi (elektryczne) bez trakcji nigdzie nie pojadą... Zwykle na taką chwilę, są trzymane rezerwy lokomotyw spalinowych, ale... ktoś kiedyś uznał, że są zbędne i lokomotywy trafiły pod palnik, a następnie do pieca hutniczego... A te co zostały, nie były w stanie zapewnić płynnego ruchu...
Co jakiś czas w TV widać było tylko relacje z "odkuwania" sieci - czyli brygady okutanych po uszy pracowników PKP PL, którzy na podnośnikach obkładali drewnianymi pałami przewody trakcyjne... ;) Nie ma to jak XXI wiek ;) (Swoją drogą to ciekaw jestem czy takie "odkuwanie" nie odbije się potem na "zdrowiu" przewodów trakcyjnych)
Po 3 dniach chaosu, dumne z siebie władze kolejowe, ogłosiły że już wszystko udrożniono... i pociągi mogą jeździć normalnie... no prawie normalnie...
gdzie niegdzie zdarzały się jeszcze opóźnienia do 2h, ale ogólnie było już lepiej.

Poza koleją też można zaobserwować wielkie zdziwienie na twarzach ludzi, gdy prognoza pogody mówi o 20 stopniowych mrozach... Na ulicach można zobaczyć jak światło dzienne ujrzała "ciężkie opancerzenie" w postaci różnej maści kożuchów i futer, oraz różnych grubych (niekoniecznie modnych) kurtek... Tak na oko niektóre chyba pamiętały jeszcze stan wojenny...Cóż, widać, że pewne rzeczy, sprawdzone "w boju", mimo upływu czasu, są nie do zastąpienia...
Gdzieniegdzie zdarzają się też "okazy" które pomykają przy -15 w kusych kurteczkach z nerami i pępkami na wierzchu (masochistki jakie czy co?) w wielkich szpilach na nogach...

Jak widać przez to całe "globalne ocieplenie" ludzie zapomnieli jak wygląda zima... Dobrze, że natura postawiła im to przypomnieć ;)

Mniej więcej w tym samym czasie, wybrałem się razem z moją siostrą na taki "rozruchowy" marsz po Lasku Wolskim. Trasa wiodła spod hotelu Cracovia, przez kopiec Kościuszki, ZOO do kopca Piłsudskiego.

Gdy byliśmy na ostatnim etapie (Zoo -> Kopiec Piłsudskiego) mieliśmy okazję podziwiać piękno ale również niszczycielską siłę mrozu. Widzieliśmy dziesiątki połamanych drzew i gałęzi. Część przygięta do ziemi pod naporem lodowej skorupy - jednym słowem totalna demolka...

Jak widać na zdjęciach, zima się nie pieści z otoczeniem...



Z kopca było to widać jeszcze lepiej i dokładniej, a i na samej górze wszystkie balustrady i poręcze zyskały dodatkowe - lodowe otuliny. Na szczycie było bardzo niebezpiecznie, zejście, przynajmniej z tarasu widokowego, wymagało maksymalnej ostrożności, wystarczyło na moment się zagapić i zjazd (niekoniecznie na tyłku)na przełaj w dół murowany. A że pod cienką warstwą śniegu był lód, a na dole czekał zmrożony żywopłot... to nie było by to zbyt przyjemne... Na szczęście w takim stanie był tylko fragment wystający powyżej linii koron drzew, pozostała część była w całkiem znośna. Na górze doskonale można było zobaczyć skalę zniszczenia lasu, wszystkie drzewa z gałęziami ugiętymi do dołu. W miejscu placu zabaw - między huśtawkami i domkami walały się połamane gałęzie... Było także drzewo, które jakimś cudem nie złamało się i zostało zgięte do ziemi (patrz zdjęcie). Z każdym mocniejszym powiewem wiatru słychać było tylko skrzypienie i ciche trzaski wśród drzew.






Jak napisałem wcześniej, wszystko na szczycie było oblodzone, w pełnym tego słowa znaczeniu... wszystko, łącznie ze źdźbłami trawy, które zostały wydobyte spod śniegu przez wiatr... teraz zakute lodowe czapeczki, wyglądały całkowicie nieziemsko.

sobota, 8 sierpnia 2009

Pędząc przez noc....

Może jeszcze tego nie wiecie, ale bardzo lubię podróżować pociągiem. Kiedy planuję jakąś dalszą podróż, staram się właśnie korzystać z tego środka lokomocji...
Całkiem niedawno miałem okazję podróżować nocnym składem z Przemyśla do Krakowa. Jako, że wsaidałem na stacji początkowej, cały przedział był dla siebie :) (dodatkowo od strony korytarza zasłoniłem dokładnie okna firaneczkami, żeby nikt się nie dosiadł ;-) ).
Kiedy w końcu ruszyliśmy, było już dosyć późno (22:13), za oknem mrok, przy włączonym świetle w przedziale, było widać tylko majaczące nabliższe otoczenie szlaku...
W pewnym momencie, nie wiem czy to był jakiś automat, czy może kierownik pociągu coś przełączył, wyłączyły się świetlówki, a zamiast nich włączyło się bardzo słabiutkie oświetlenie nocne. W tym momencie pomyślałem sobie:
- Super! Nie dość, że jadę sam, to teraz jeszcze światło zgasło, tylko patrzeć jak ktoś wejdzie i da mi w łeb... (w końcu o tym, co podobno się wyprawia w takich pociągach, to legendy krążą... a ja jechałem na dosyć popularnym szlaku z Ukrainy ;) ) Ostatecznie w łeb nikt mi nie dał... jednak nastąpiło coś innego...
Chwilę po "zaciemnieniu" spojrzałem za okno i... to co zobaczyłem naprawdę mnie urzekło...
Naglę zdałem sobie sprawę, że oto mknę w środku nocy, przez pogrążone we śnie miasta i wsie. Wszystkie oświetlone mniej lub bardziej, sprawiały wrażenie jakby zupełnie z innego, nieznanego świata. Mimo, że pokonywałem tą trasę nie pierwszy raz, dopiero teraz mogłem doświadczyć jej niezwykłego oblicza, jakiego nigdy wcześniej nie miałem okazji oglądać. Naprawdę niesamowity klimat.
Wogóle podróż nocą pociągiem, ma w sobie coś niezwykłego, wydawać by się mogło, że czeka nas podróż w wyludnionych przedziałach, że na szlaku nie spotkamy żywego ducha. Nic z tych rzeczy. Mimo iż reszta kraju spała, kolej wciąż tętniła życiem. Tak jak w czasie snu, serce nie przestaje pracować, tak kolej, bez względu na okoliczności kolej także jest ciągle w ruchu. Jakby nie zważając na późną porę, na każdej stacji, przez korytarze wagonów przewijało się mnóstwo ludzi, dopiero gdy ruszaliśmy, gwar rozmów był zastępowany miarowym stukotem kół oraz szumem jazdy... To było niesamowite wrażenie, jak kilka minut po odjeździe ze stacji, wagony cichły, a dawał się jedynie słyszeć stukot i szum.... Jakby niezwykła kołysanka, która układała podróżnych do snu...
Stuk, stuk, z każdym odgłosem, mijaliśmy kolejne kilometry, stacje, przejazdy... Cztery godziny podróży minęły bardzo szybko i gdy zobaczyłem przez okno oświetlone kominy Elektrociepłowni w Łęgu, z pewnym smutkiem pomyślałem, że czas wysiadać... Nie chcąc budzić współpasażerów pogrążonych w tej kolejowej drzemce, najciszej jak potrafiłem zdjąłem swój plecak i wyszedłem z przedziału, na korytarz skąpany w świetle jarzeniówek...
Punktualnie o 2:05 pociąg, zupełnie nie zważając na ciszę nocną, w akompaniamencie radosnej symfonii wygrywanej przez dziesiątki szczęk hamulcowych, z gracją przystanął przy peronie 2 dworca Kraków Płaszów...
Z głębokim westchnięciem otworzyłem drzwi i zszedłem na peron... zanim pogrążyłęm się w otchłani przejścia podziemnego, obserwowałem jeszcze jak obsługa uwija się z dołączaniem do mojego składu dodatkowych wagonów z Zakopanego... Oni jadą dalej, a dla mnie podróż kończy się tutaj...
Gdy wyszedłem z budynku dworcowego, znalazłem się w jakby zupełnie innym świecie... Mimo iż jeszcze przed chwilą znajdowałem się na tętniącej życiem stacji, teraz znajdowałem się pośrodku pogrążonego we śnie osiedla. Niezwykłe doświadczenie potęgował fakt, że szedłem wzdłóż ulicy, która w ciągu dnia jest bardzo zatłoczona, a teraz była kompletnie pusta, jedynie od czasu do czasu przejechał pojedyńczy samochód...
poza tym cisza... jak delikatna mgła spowijała okolicę...
Idąc piechotą do domu (o tej porze, raczej nie było co liczyć na nocny... ;) ), myślami byłem cały czas dalej w tym pociągu. Przynam się, że dzięki tej podróży, jeszcze bardziej polubiłem podróżowanie koleją. Zrozumiałem, że to jest to, co kocham i co sprawia, że zaczynam żyć. :)

piątek, 10 lipca 2009

Mój Kraków

 

 

 



Lubię wieczorne spacery po Starym Mieście... Przy odrobinie szczęścia, można uchwycić niezwykły klimat Krakowa...
Posted by Picasa
Powered By Blogger