niedziela, 28 sierpnia 2011

Pierwszy lot...

Od jakiegoś czasu zacząłem się interesować lotnictwem... Skąd mi się to wzięło? Myślę, że to historia na osobnego posta... Natomiast odkąd, tak bardziej zbliżyłem się do tej dziedziny coraz bardziej narastało we mnie pragnienie aby móc polecieć... Jako, że nie wybierałem się nigdzie w podróż, to samoloty rejsowe raczej odpadały, pozostawały Aerokluby lub inne szkoły, które oferowały "lot zapoznawczy"... Pierwsza okazja, jaka się nadarzyła, to pewien znajomy, który już wcześniej oferował mi lot szybowcem - szybko więc napisałem maila do niego, jasno wykładając co i jak. No i owszem, lot był jak najbardziej możliwy, nawet całkiem fajny - godzina holu za samolotem... ALE... całość kosztowała 4 stówki (słownie cztery stówki)... za dużo, zdecydowanie za dużo...Odpisałem mu, że sorry, ale nie mam takiej kasy na teraz i zapytałem się - dlaczego w aeroklubach są loty zapoznawcze za ok 120 zeta (choć to też sporo, to i tak byłbym skłonny jakoś się wyżyłować na taki lot ;). Uświadomił mnie, że takie loty, owszem są... tyle, że trwają 15 min. i że wg. niego to za krótko jak na "pierwszy raz"... 
- Może i krótko, ale na więcej nie mam kasy, póki co... - pomyślałem sobie. 
Gdy wydawało się, że "pierwszy lot" trafi na półkę z napisem "zrealizować w bliżej nieokreślonej przyszłości", na forum lotniczym trafiłem na notkę informującą, że Aeroklub Krakowski, na lotnisku w Pobiedniku, organizuje "dni otwarte", w trakcie których będzie można m.in. wykonać "lot widokowy".
 - Super! - pomyślałem - to jest szansa dla mnie - Tą myślą żyłem aż do dnia pokazów. Kiedy w końcu nadszedł, zaczęła się wkradać niepewność i zawód - za oknem deszcz, mgły... jak na pokazy lotnicze, to pogoda raczej niezbyt zachęcająca.... Jednak około południa, wszystko ładnie się wypogodziło. Słoneczko przegoniło większość chmur i pogoda zdecydowanie była na "tak". W takim układzie szybko spakowałem się i wsiadłem w autobus.
Już, gdy dojeżdżałem do lotniska, zobaczyłem Antka (Antonowa AN2) i Wilgę jak zataczają na niebie duże kręgi.
- Oho, impreza trwa w najlepsze! Jednak latają!
Po dotarciu na miejsce, zapytałem pierwszego lepszego człowieka z obsługi "Gdzie tu można się na lot widokowy zapisać"? Po otrzymaniu informacji gdzie i jak podszedłem do stanowisk, a tam? Porażka... W swojej naiwności myślałem, że lot szybowcem, skoro nie ma silnika, to i powinien być tańszy... Niestety srogo się zawiodłem. Lot Cessną, Gawronem czy Wilgą, to koszt min. 120- 150... Dużo, nie dużo... ja akurat miałem "na pokładzie" jakieś 8 dych, więc dla mnie poza zasięgiem... (z resztą nawet jakbym miał przy sobie te 150 zeta... to tak jakoś głupio byłoby to wydać na 15 minut lotu... za taką kasę, to ja mogę polecieć do Malmo w Szwecji, WizzAirem tam i z powrotem, a nie zrobić biedne kółeczko nad lotniskiem...)  Moja nadzieja - szybowce - 120... czyli też nie...choć, tu byłem naprawdę zaskoczony - czemu takie drogie są szybowce?! Podszedłem do stanowiska AN2 - 4 dychy... hmmm, cena spoko, ale Antek? Eeee... Ja szybowcem chciałem...  Może jednak? W końcu jednak stanąłem w kolejce i ostatecznie kupiłem bilet na lot...Kiedy tak stałem tam, w oczekiwaniu na swoją kolej, obserwowałem tych co latali przede mną, a także Antki (były dwa), które miały mnie zabrać, a właściwie jeden z nich, na lot...
Tak "z boku" nie wyglądało to za fajnie... Samoloty wyglądały na "pełnoletnie", miejscami jakieś odpryski farby... niesamowicie głośne, za każdym razem gdy rozpoczynały kołowanie na pas, wzbijały tumany kurzu... Zacząłem wkręcać się w jakieś paranojki, że będzie awaria silnika, że się rozbijemy, że będzie trzęsło jak cholera, i nne takie... Z tych czarnych myśli wyrwał mnie głos kierownika lotów, który przez megafon wyczytywał nr biletów na następny "rejs", m.in. mój. Przeszedłem za taśmę, serce waliło mi jak młot, bałem się... chciałem tylko, żeby móc lecieć takim niebieskim Antkiem, który sprawiał "wrażenie" bycia w lepszym stanie technicznym, niż druga maszyna... 
Obydwie maszyny pojawiły się na horyzoncie... pierwsza w "szyku", to była akurat ta "zła", a za nią "mój" Antuś... Jako, że równolegle z nami oczekiwała jeszcze jedna grupa, do końca nie było wiadomo, kto, gdzie wsiądzie... W między czasie wysłałem sms-a z informacją do domu, że wsiadam do samolotu i żeby się za mnie modlili...(bynajmniej nie dla żartu ;) naprawdę mocno się bałem). Gdy obie maszyny były gotowe do wymiany "wsadu", dostałem sms-a zwrotnego od siostry "Udanego lotu, jak i kosmicznego!" :) Na Maryś zawsze można liczyć w takich sytuacjach! :) W międzyczasie grupa przed nami wsiadła do "złego" Antka, więc, przynajmniej w tym aspekcie się uspokoiłem - polecę tym, którym chciałem! :)
Nadeszła w końcu chwila wejścia na pokład, czuję jak adrenalina buzuje mi w żyłach, zamiast strachu, czuję taki przyjemny dreszczyk... Wdrapuję się do kabiny, a tam mała zwałka - myślałem, że przynajmniej jakieś prymitywne fotele będą... a skąd! Normalne, spartańskie "krzesełka" ustawione tyłem do okien... 
- Hmm... no nieźle, ciekawe czy chociaż pasy są? - pomyślałem lekko przerażony tym widokiem
Jak się okazało pasy były, stare, parciane, ale były. Zająłem miejsce zaraz u wejścia do kabiny pilotów (miałem doskonały widok na to co robią!) zapiąłem pas i zacisnąłem go ciasno...  Generalnie, zarówno w samochodach, czy, w jakich kolwiek pojazdach lubię zapinać pasy, bo wtedy czuję się "pewniej". W głowie kołatały się myśli: "A może tak wysiąść?"... Ale chyba było już za późno... kierownik lotów odebrał od nas kupony z biletów z naszymi danymi - nam zostawiając tylko odcinki z nr... 
- Pewnie, żeby można było łatwo zidentyfikować zwłoki - pomyślałem, próbując się pocieszyć... (niezłe miałem rozkminy, co? ;) )
pełny ciąg! startujemy!
Kierownik wraz z kuponami wysiadł z samolotu, a zaraz za nim zamknęły się drzwi... Nie ma już odwrotu! Ruszamy!...
Widziałem jak piloci przestawili manetkę przepustnicy do przodu i zmienili skok śmigła. Samolot zamruczał i kiwając się lekko potoczył się w kierunku pasa startowego. Potem działo się już wszystko bardzo szybko:
Nawrotka, pełny gaz - nabieramy prędkości. Tu pierwsze zaskoczenie - samolot jedzie po trawiastym pasie praktycznie bez wstrząsów! Jak to? Za chwilę radosne okrzyki pasażerów - Lecimy! Lecimy! 
pierwsze chwile w powietrzu. w tle hangar lotniska pobiednik
- Co? Jak to lecimy?! Kiedy? - obejrzałem się za siebie i przez okno zdumiony zobaczyłem, że rzeczywiście, byliśmy już dobre 40-50 m nad ziemią i dość szybko nabieraliśmy wysokości.
- O Yeah! - powiedziałem głośno - Nareszcie! LECĘ! :) Zajebiście!
Po chwili poczułem jak cały samolot się przechyla w prawo - pierwszy zakręt. W tym samym momencie zobaczyłem przez przeciwległe okno, jak końcówka skrzydła przecina chmury... 
- O jaaa, ale bajka! - rozpłynąłem się! Móc podziwiać taki widok to coś cudownego!
Chwilę później była trochę mniej przyjemna chwila, bo piloci postanowili nam zafundować na chwilę nieważkość (oczywiście nie raczyli nas o tym poinformować). Lecimy sobie normalnie, a w pewnym momencie czuję, jak robię się jakoś podejrzanie lekki, a siedzenie zaczyna odpływać mi spod tyłka
- Co jest?! - pomyślałem sobie. Pasy utrzymały mnie na miejscu. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to zamierzone działanie - w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół... Przyznam się szczerze, że trochę mnie wtedy zaczęło mdlić. 
- Panowie, jeszcze trochę a puszczę pawia, dajcie sobie siana...- pomyślałem sobie - a ci znowu, po chwili - góra dół, góra dół... - ja pier...
próbka widoków z lotu

Zebrałem się w sobie, bo z drugiej strony to wstyd było panikować przed ludźmi (przynajmniej nikt na oko nie wykazywał objaw paniki)... Potem skupiłem się na świecie pod nami, takim malutkim, spokojnym... Od czasu do czasu pojawiała się myśl - jesteś 300 m nad ziemią, co będzie jak samolot spadnie? - jednak nie pozwalałem jej zbyt długo mnie rozpraszać i ponownie skupiałem się na widoku.
Kiedy wreszcie znaleźliśmy się na podejściu, wymęczony takimi "pagórkami" w locie, zacząłem nakręcać się, że przyziemienie może być dość twarde. Widzę w naprzeciwległym oknie, jak ziemia jest coraz bliżej i bliżej, i jeszcze bliżej... Podświadomie chwyciłem się mocno krzesełka, wyprostowałem się i przygotowałem na wstrząs - a tu? Antoś zaskoczył mnie kolejny raz - zamiast oczekiwanego "wstrząsu" usłyszałem tylko lekkie syknięcie amortyzatorów i już. Toczyliśmy się po pasie. 



to właśnie ten "Antek" (AN-2) zabrał mnie w pierwszy lot.

Wreszcie zatrzymaliśmy się, drzwi się otworzyły i zaczęliśmy wysiadać. Mimo dosyć krótkiego czasu w powietrzu (lot trwał raptem ok. 10-15 min.) to było coś niesamowitego. Kiedy stanąłem na ziemi adrenalina buzowała mi w żyłach i byłem w stanie euforii. Zrobiłem fotkę pamiątkową "mojej" maszynie i poszedłem ochłonąć zwiedzając i podziwiając inne samoloty (których tego dnia było tam naprawdę sporo).
Ktoś, kto latał samolotami rejsowymi (i taki miał swój lotniczy "debiut") może czytać, tą historię z ironicznym uśmieszkiem - w pełni rozumiem, ten samolot to taka "awangarda". Niby wszystko sprawne, ale np. sam widziałem jak jeden z paneli wskaźków w kabinie pilotów, był poluzowany i chwiał się w "rytm" naszego lotu... Ot, taki klimat ;)